fakt faktem, że jeszcze nie do trumny, ale...

po genialnym, chilloutowym wieczorze przyszła pora na wyciszenie. głupi dzień. wszystko na wariackich papierach. pięć tysięcy spraw do załatwienia, przy czym żadna tak naprawdę nie załatwiona na 100%. no dobra. prawie żadna. a prawie, jak powszechnie wiadomo robi wielką różnicę...

opowieści o żabach sprawiają mi całkiem niezłą frajdę. i zauważam dziwną prawidłowość, że im mniej ja jestem zorientowana, tym bardziej zorientowani są inni ludzie i tym bardziej inni ludzie bywają bardziej złośliwi, żeby nie powiedzieć wredni. dziwne... będę się nadal trzymać wersji, że ładność w tym wypadku jest rzeczą względną i nie wypada na ten temat polemizować. i chociaż mama uczyła, że nie wolno śmiać się z ludzi, określenie "siostra Kermita" wciąż wywołuje u mnie uśmiech szeroki od ucha do ucha :)

gwoździem okazał się pewien pan, o którym stanowczo za dużo ostatnio myślę. stanowczo. żadnych planów i żadnego nastawiania się. trzymam się wersji: co ma być, to będzie. chwila prawdy za miesiąc. tyle.

boli mnie głowa. tak bardzo nie miałam ochoty na dzisiejsze spotkanie. niestety nie zawsze jest tak, jak się chce. nie ma problemu? problemy nie znikają same. kryją się tylko w najczarniejszych zakamarkach duszy i kłują w odpowiednich momentach, żeby przypomnieć o swoim istnieniu. nic. trzy głębokie oddechy. co cię nie zabije, to cię wzmocni. a prędzej czy później każdy za swoje grzechy i tak w jakiś sposób odpokutuje...
Name:


Komentarze: