rozpoczęłyśmy w doborowym towarzystwie jana III sobieskiego. chociaż osobiście wolę mandarynkowego. żurawinowy jest troszkę za słodki.
kolejny genialny babski wieczór. o czym mogą gadać trzy wariatki znieczulone dość znaczną ilością alkoholu? no jak to o czym - o dietach, facetach, chudnięciach, facetach, butach, facetach, imprezach, facetach, facetach, facetach... :-) zupełnie, jakby innych tematów nie było... ale co, jak co - i tak było super extra :) uwielbiam takie wieczory. chillout w najlepszym towarzystwie najlepszym lekarstwem na wszystkie większe i mniejsze smuteczki :-)

dzisiaj wolne. ale i tak byłam w pracy. tak pozałatwiałam wszystkie sprawy, że nadal nic nie załatwiłam. ale nic. nadrobi się w przyszłym tygodniu.
za to zmokłam. wręcz maksymalnie przemokłam. oczywiście parasol zabrałam. tylko zapomniałam, że mam o nim pamiętać... babcia zawsze mówiła, że w majowy deszcz się rośnie... akurat :-) gdyby tak było, to dzisiaj urosłabym co najmniej 20 centymetrów... :P
nawiasem, uwielbiam zapach deszczu

a teraz wracam do pisania pracy. czuję w kościach, że odnalazła się moja wena :] chociaż jeden podrozdział do przodu. zawsze zostanie mniej niż więcej...
Name:


Komentarze: